No i muszę napisać :(

Nie dałam rady, by nie wyrzucić wczorajszej sytuacji z siebie. Myślałam, że mój ojciec odpuścił, że poprawiła się sytuacja między nami. Ale dupa. Totalna dupa!

Jakiś czas temu rozmawialiśmy dość szczerze o nas i rodzinie brata. Tę sytuację opiszę innym razem. Generalnie chodziło o to, co zrobić, by skierować brata na właściwe tory, bo skręcił w złą drogę, ryzykując życie swoich dzieci. Po raz pierwszy powiedziałam ojcu, co myślę o jego podejściu do życia i o bratowej. Co ciekawe, zgodził się ze mną. Odczułam, że po raz pierwszy od dawna, jest bliżej mnie, niż bratowej. Usłyszałam nawet kilka pochlebstw, co w jego ustach jest ….. rzadkością, to chyba mało powiedziane.

Ostatnio zmieniliśmy samochód. Załatwianie papierów trwało ponad tydzień. Przez ten czas moja mama kilka razy dzwoniła i pytała, kiedy przyjedziemy go pokazać. Ale bez ubezpieczenia i przeglądu nie chcieliśmy go ruszać. W każdym razie ewidentnie była zainteresowana zobaczeniem samochodu. Zakładałam, że ojciec też, bo on się nimi bardzo interesuje. Sam zmienia je regularnie i swego czasu miał taki, jak teraz kupiliśmy, tylko starszy model. Pomimo tego, że ten weekend był pierwszym od 1,5 miesiąca, który mieliśmy wolny, postanowiliśmy pojechać do rodziców, by pokazać auto. Zapowiedział się też mój brat, tylko po to, by je zobaczyć. Gdy dotarliśmy do rodziców, brat właśnie podjechał, więc M. został na dworze i pokazywał auto. Ja weszłam z dziećmi do środka. Po czasie z góry zszedł ojciec, więc powiedziałam, że M. jest przy aucie, więc jak chce, może iść je obejrzeć. Wiecie co usłyszałam?
„Nie, nie chcę, dziękuję”. Nosz kur..a mać! O co jemu znowu chodzi? Idę do mamy i pytam, o co znowu ojcu chodzi. Czego nie oglądałam, że on teraz na pokaz też nie chce oglądać?
„Tacie się przypomniało, że kiedyś, gdy kupiliśmy pierwszego forda, przez 2 tygodnie nie byłaś zainteresowana, by go zobaczyć”. Ręce mi opadły. Przecież to jest dorosły facet, a zachowuje się jak dziecko, które wypomina każdą pierdołę. Ba! Nawet nie ma odwagi wypomnieć, tylko obraził się i siedzi cicho. Co z tego, że miałam wtedy kilkanaście lat, że byłam dziewczyną i auta mnie w ogóle nie interesowały, no i co z tego, że miałam głęboko wszystko to, co on kupował. Co z tego, że każde kolejne auto oglądałam z zainteresowaniem, zwłaszcza ostatnie. Co z tego, że tego samego argumentu użył, gdy nie chciał obejrzeć naszego pierwszego, własnego mieszkania. No i co z tego, że to dawno było i minęło. Szlag mnie jasny trafia, że ja kuźwa za wszelką cenę staram się zapomnieć o przeszłości i o tym, co mi zrobił, jak mnie traktował, jak lał przez 18 lat mojego życia, że staram o tym nie myśleć i udawać normalną rodzinę. Skoro on jednym takim posunięciem wszystko rujnuje. To on powinien przepraszać mnie, to ja nie powinnam się do niego odzywać, wypominając wszystko to, co mi zrobił. Jeśli miałabym teraz roztrząsać wszystko to, co mi zrobił, jak nie cieszył się moimi sukcesami, jak mnie wiecznie krytykował, to w ogóle nie powinnam z nim rozmawiać. I to do końca życia. Więc to ja mam zapomnieć o przeszłości, a ten debil na każdym kroku będzie do niej wracał?! Nie!! Stanowcze nie! Skończyło się. Jestem tak nabuzowana, że tylko czekam, aż mama do mnie zadzwoni i jej powiem, co o tym myślę. Do świąt mnie nie zobaczy w swoim domu. A co będzie w święta, jeszcze nie wiem. Niech przekaże kochanemu tatusiowi, że skoro walczymy na wypominanie przeszłości, to proszę bardzo. Nie mam wątpliwości, że tę walkę wygram ja.

Nadszedł czas….

…by skończyć pisanie bloga. Nie usuwam go, ale kończę pisanie. Przynajmniej regularne. Szkoda, ale czasami życie nie pozostawia nam wyboru. Jak już pisałam, idea powstania bloga była jedna – kiedyś, na łożu śmierci, albo po awanturniczym zerwaniu kontaktów z moimi rodzicami, pokażę im ten blog, by poznali moje spojrzenie na ich „wychowywanie” dzieci. Ponadto moja przeszłość, plus sporadyczne nieciekawe sytuacje z bieżącego życia, nawarstwiały moją gorycz, moje przygnębienie, nasilały niechęć do własnych rodziców. Odczuwałam potrzebę wyrzucenia tego z siebie. Wylałam wszystko, co leżało mi na sercu. Pomogło, ulżyło, więc zaczęłam pisać o życiu, moich dzieciach i po prostu o wszystkim, na co miałam ochotę. Chodziło też o to, by pokazać, jak miłością i szacunkiem można wychować dzieci na kochające, słuchające, grzeczne i mądre. Do tego nie potrzeba pasa. Od jakiegoś czasu przestałam nawet dążyć do pisania o aktualnych przeżyciach. No i doszedł brak czasu na pisanie. A wolny czas wolałam wykorzystywać w Tygryskowej Kuchni.

No i najważniejszy powód, który przelał czarę goryczy, to fakt, że zostałam zdemaskowana. I co ciekawe, to nie kolega R. przyczynił się do takiej, a nie innej decyzji, ale jego znajoma/koleżanka/małżonka. Nie wiem, ale ktoś, kto go zna osobiście. No i jak można było przypuszczać, zrobiło się nieciekawie. Powiem tylko tyle, bo nie chcę kogoś urazić, a już na pewno znajomego czy rodzinę R. – nie mam zamiaru tłumaczyć się na własnym blogu, dlaczego o czymś/o kimś piszę lub nie, dlaczego tak myślę, a nie inaczej, dlaczego mam takie poglądy, a nie inne. Takie mam i tyle. Tak patrzę na życie i innych ludzi, bo tak zostałam wychowana, bo takie miałam dzieciństwo i tak wpłynęło ono na mój charakter.

Jednocześnie zaznaczam, że ja nie szukam przygód, romansów, gdyż żyję w szczęśliwym małżeństwie i nie mam zamiaru tego zmieniać. Nie zamierzam zatem tłumaczyć się z tego, jakie są moje zamiary w stosunku do płci przeciwnej, zwłaszcza, gdy nie mam totalnie nic złego na sumieniu. Od dawna pisałam o tym, że szukam przyjaciela, kogoś do pogadania, do zwierzenia się, do poradzenia, wsparcia czy pocieszenia. Nie w głowie mi inne rzeczy, bo nawet nie mam na to czasu. Poza tym dobrze by było mieć troszkę więcej zaufania do mężczyzny, który przecież tworzy szczęśliwy związek.  Wiem, że cokolwiek teraz nie napiszę o relacjach damsko- męskich, choć wcale nie miałam zamiaru wracać na tym blogu do tematu kolegi R., zostaną źle odebrane moje słowa. Nie będę się z nich tłumaczyć.

Kochani STALI i STARZY (ale tylko stażem) czytelnicy bloga – przepraszam, że tak wyszło. Wiem, że sporo osób mnie czyta, wiele regularnie, choć komentuje tylko część. Jednak tak naprawdę blog spełnił już swoje zadanie. Jestem szczęśliwsza, spokojniejsza, po wylaniu żali i smutków. Do tego stopnia, że nie odczuwam potrzeby pisania nawet o rzeczach, które mnie wkurzają. Ostatnio znów zaszła sytuacja, kiedy to mój brat z bratową wyprowadzili mnie z równowagi. Ale pogadałam z mężem i z mamą, i to wystarczyło. Jest jeszcze parę rzeczy (aktualnie trzy), o których chcę napisać, bo dotyczą mojej przeszłości, bądź sposobu wpłynięcia na dziecko, a należą do tej grupy rzeczy, które uważam za złe i chciałabym, by rodzice o tym wiedzieli. Ale napiszę to zaś. Jak się uspokoi, jak nie będę czuła czyjegoś wzroku na sobie. A tych posiadających blogi będę odwiedzać (z tych komentujących rzecz jasna, o których wiem). Będę Was czytać i komentować. Jeśli macie ochotę, możecie pisać do mnie na maila. Możecie pod tym postem, gdziekolwiek. Nie uciekam od kontaktu z Wami. Blog kulinarny pozostaje i teraz całą swoją energię będę przekazywać tam, oraz na Facebooka, gdyż po wielu latach założyłam tam konto. Co prawda, jako osoba anonimowa, a konkretniej jako Tygryskowa kuchnia, gdyż chciałam podbić jej popularność, ale zawsze jest to jakiś sposób kontaktu. Także kochani – dziękuję z całego serca, że byliście i jesteście tu ze mną, bo to również dzięki Wam, czytelnikom, otworzyłam oczy na wiele spraw i przebrnęłam przez swoją przeszłość nie upadając. Do usłyszenia, ale gdzie indziej.

Jeszcze jedna rzecz dotycząca Austrii

A mianowicie drogi. Nie będę tu krytykować braku polskich dróg, a konkretniej autostrad, czy choćby dróg ekspresowych, bo chyba nie ma ani jednej osoby, która na to nie narzeka. To samo się tyczy ilości dziur na drogach, na których niejednokrotnie można stracić podwozie. Skwituję to tylko paroma uwagami:
– wykupienie winiety w Austrii na cały miesiąc kosztuje tyle, co jeden przejazd z mojej miejscowości do Warszawy i z powrotem, a w Niemczech autostrady są bezpłatne,
– poczuliśmy niesamowite zdezorientowanie, gdy po zjechaniu od Berlina w dół, nasza auto mapa wypowiedziała następujące słowa: „Jedź prosto tą drogą 460 km”. Wyobrażacie to sobie u nas w Polsce?
– oprócz tego, że w Niemczech i Austrii autostrad jest cała masa, można wybierać, którą się pojedzie do konkretnej miejscowości, to nie jest niczym dziwnym autostrada na moście długości 250 m czy w tunelu długości 3 km. A w Polsce są pola, proste tereny, a i tak jest to problemem,
– w najwyższych górach tuneli jest chyba więcej niż dróg bez nich, a co ciekawe, tunele te zostały wybudowane w latach 70-tych. A ile u nas było wtedy autostrad?
– jest jeden, jedyny plus naszych autostrad, czego nie można powiedzieć o tych niemiecko-austriackich – nie ma na nich korków. Przyznam, że imponujące wrażenie robi 4-pasmowa autostrada cała zakorkowana.

Zostałam zdemaskowana :/

No i stało się. Ktoś, kogo znam osobiście, dowiedział się o istnieniu bloga. Ręce mi się trzęsą, gdy to piszę, bom się lekko zdenerwowała. Poczułam się, jakbym została złapana na gorącym uczynku. Tysiące myśli kłębiących się po głowie. Z drugiej strony, chyba nie mogło trafić lepiej, gdyż trafiło na słynnego już kolegę R., który swego czasu mi się przyśnił, a ja nie omieszkałam o tym napisać. Dwa dni temu, pod postem „Śnił mi się kolega z pracy” ktoś napisał, że zna owego kolegę i jego rodzinę. Zerknęłam w statystyki – ufff…., nie moja miejscowość. To pewnie zbieg okoliczności i jest więcej takich rodzin. Ale nagle zaobserwowałam nietypową popularność owego postu i zaczęłam się denerwować. Może rzeczywiście ktoś go zna?

Następny dzień w pracy. Idzie kolega, szeroko się uśmiecha, mi serce podchodzi do gardła, zagaduje, ale nic nie wspomina o blogu. Kolejne ufff. Ale w statystykach nadal widzę zainteresowanie postem i do tego sięgnięcie do historii bloga, kogoś z mojej miejscowości. Nie podoba mi się. Kolejny dzień, dzisiaj. Wpada kolega R. i z wielkim uśmiechem na twarzy pyta, czy mam chwilkę. Kuźwa, pomyślałam. Wie jak nic. Odpowiadam, że mam, tylko skończę jeść śniadanie i za chwilę pogadamy. Oj ciężko wchodziła ostatnia kanapka. Ręce zaczęły się trząść, nie wspominając o głosie. Biorę papierosy ze sobą, bo nerwy mnie zżerały. I co teraz? Poszłam.

Pierwsze słowa: „Czytałem”. Na co ja zdołałam tylko odpowiedzieć „Wiedziałam. I co?”. No i dobrze.  Pogadaliśmy, fajnie, ale cała się trzęsłam. Oj nie lubię tego uczucia. Kiedy mój głos drży, trzęsę się jak osika, a do tego chłodny wiatr nie pomagał mi powstrzymać moich odruchów. Koleżanka koleżanki żony kolegi, czy jakoś tak, przeczytała, skojarzyła, powiedziała, bo akurat odwiedzała R. Powiem tak. Muszę się z tym oswoić, zastanowić, co dalej, bo pisanie tu, nie będzie tym samym, czym dotychczas. Choć R. powiedział, że nie czytał całego bloga. Myślę jednak, że wcześniej czy później to nastąpi. Zresztą po naszej rozmowie już mnie to tak nie przeraża. Właściwie to R. chyba się troszkę ucieszył, że tak o nim myślę, jak pisałam w poście. Zaoferował swoją przyjaźń, za co jestem bardzo wdzięczna. Co prawda nie da się ot tak, z dnia na dzień, uznać kogoś za przyjaciela. To musi przyjść samo, to trzeba wypracować, ale po raz pierwszy od wielu lat, mogłam z kimś porozmawiać szczerze, bez ukrywania czegokolwiek. Wspomniałam tylko o idei powstania bloga, a dzieciństwie, o braku bliskich mi osób poza rodziną, choć to i tak wiele. I w trakcie rozmowy czułam, że rzeczywiście, będę z nim wstanie rozmawiać o wszystkim. Uważam, że przyjął to bardzo dobrze, lepiej, niż oczekiwałam.  Fajnie, kurcze fajnie móc z kimś tak pogadać. Pewnie jeszcze trochę czasu minie, zanim oswoję się z myślą, że może wiedzieć o wszystkim, o czym pisałam na blogu. Ale o pewnych rzeczach już mu powiedziałam, więc nie będzie chyba tak źle. Poczułam, jakby wielki ciężar spadł z mojego serca, gdy mogłam swobodnie rozmawiać o istnieniu bloga i o tym, co tam piszę. Swobodnie – nie licząc cały czas trzęsącego się głosu. Grunt, by nikt więcej, kogo znam, się o tym nie dowiedział, bo będę zmuszona usunąć blog. Wszystko zależy kto i jak to odbierze. A co do R., to wierzę w jego dyskrecję, którą nie raz już się wykazał.

Co ciekawe, pisząc to i myśląc o rozmowie, cieszę się, że jeśli miało na kogoś trafić, to trafiło właśnie na niego. Może dzięki temu zyskam bliską osobę, przyjaciela, kogoś, z kim mogę szczerze i o wszystkim porozmawiać. A wierzcie mi, że dawno tak z kimś nie rozmawiałam. Bo ostatnio dyskutuję tylko z ludźmi z pracy, którzy nie znają mojej przeszłości, która tak bardzo ukształtowała mój charakter. Rozmawiam o dzieciach, problemach innych, ale nie o moich prywatnych sprawach, przeszłości, poglądach, odczuciach. A teraz? Teraz czuję się zmęczona emocjami, nerwami i nijak nie mogę się skupić na pracy. Dobrze, że przyjechałam dziś rowerem, to trochę odreaguję.

I co teraz? Trzeba iść dalej i … pozdrowić R.? Niniejszym pozdrawiam, dziękując za rozmowę i za takie, a nie inne odebranie postu, bloga i całej tej sytuacji.

A jak skończyła się sprawa z namiotem?

Otóż mąż wziął w jeden weekend dzieci i podjechali nad morze wraz z teściem i szwagrem z dziećmi. Jeden, jedyny weekend, w który była ładna pogoda, choć w niedzielę od rana już padało i wrócili wcześniej. Ale byli tam od piątku, więc dzieci zaznały frajdę ze spania pod namiotem, załatwiania się, gdzie popadnie i kąpieli w morzu.  Oczywiście akurat w ten weekend pogoda była tak duszna i parna, że marzyłam o tym, by być z nimi nad wodą.

A jak to wyglądało z mojej strony? W piątek po pracy zaplanowałam sobie kosmetyczkę. Chciałam wrócić do domu i go posprzątać, by nic nie zostało mi na weekend. Całą sobotę zaś chciałam pielić ogródek i poprzesadzać kilka kwiatów. Ładna pogoda, czas wolny, brak dzieci nad głową, więc i w końcu porządek w ogrodzie po wyjeździe na wakacje. Wieczorkiem zaplanowałam się wydepilować i resztę soboty mieć dla siebie. Z winkiem przed telewizorem i komputerem. A niedziela na opalanie, czytanie książki i co tam mnie jeszcze najdzie. A jak to wyglądało? W czwartek zadzwonił mój ojciec, że ma do wydania 12 krzewów róż, więc jeśli je chcemy, to musiałabym przyjechać, zabrać, by szybko zasadzić, bo inaczej padną. No to z piątku nici. Po kosmetyczce pojechałam do rodziców, zjadłam obiad, wypiłam kawkę, pogadałam. W tym czasie zaczęła mnie przeraźliwie boleć głowa. Nie wiem, jak to jest, ale zawsze, dosłownie zawsze, gdy mam chwilę dla siebie, czy to wyjazd dzieci, czy wyjście z mamą na zakupy, to zawsze boli mnie głowa. Stres, że mam wolne? Nie wiem, ale zaczyna mnie to wkurzać. Jeszcze w ten dzień musiałam zrobić zakupy, by nie tracić czasu w weekend, no i koniecznie musiałam kupić ziemię, by móc zasadzić róże. Niestety nie było szans, bym zrobiła to jeszcze w piątek. W domu wylądowałam o 21:30 już zmęczona. Ogarnęłam dom z porozrzucanych rzeczy, zdjęłam jedno pranie, wstawiłam drugie, powiesiłam je, podlałam ogród i usiadłam na kanapie o 23:00. Posiedziałam przed tv chyba dla samego siedzenia. Poszłam spać o 24:00. W niedzielę wstałam o 9:30, zrobiłam śniadanie i chciałam iść sadzić róże, ale był taki skwar, że nie było szans na wyjście z domu. W cieniu były 32 stopnie, a miałam sadzić w nasłonecznionej części ogrodu. Nie dało rady. Cokolwiek robiłam, czułam, że pot leje mi się z pleców. Do tego, jak na złość, sprawy kobiece przywędrowały, więc psychicznie miałam doła. Ból brzucha, przeraźliwy ból głowy i ten wisielczy nastrój. To się nazywa wolny weekend. Tiaaaa… Zdjęłam wszystkie poszewki, wstawiłam kolejne pranie, wywietrzyłam pościel, śniadanko, kawka i buch na kanapę. Nie miałam siły na więcej w tym upale i z tymi bólami. Dopiero o godzinie 12:30 udało mi się zabrać za róże. Matko jedyna, ile z tym miałam roboty. 12 róż, to jest co sadzić. Musiałam wywalić mocno rozrośniętą trawę z pasa długości 3 m i szerokości 1 metra. Ile mnie to siły kosztowało, plecy dawały się we znaki. Przeklinałam pod nosem, że ojciec nie mógł poczekać z tym wysadzaniem róż 2 dni, aż będzie M., a tak sama musiałam z tym walczyć. A walczyłam 3 godziny. W ramach przerwy pieliłam ogród z tyłu domu, a cały przód był nieruszony. Pomimo bólu, złego nastroju, zaparłam się, że choćby do nocy, ale to zrobię. Ale dupa. Przyszła burza. Więc jeszcze w burzy kończyłam sadzić róże, ale pielenie ogrodu z przodu domu musiałam sobie podarować. Sic! A jak już się wykąpałam z tego piachu i potu i ległam na kanapie o godzinie 17:00, to nie miałam siły z niej wstać. Usnęłabym, gdyby nie moja głupia i niepotrzebna upartość, że muszę posprzątać dom. No i się wydepilować. Sprzątać nie dałam rady, bo przy każdym nachyleniu skronie mi pękały. Ale wydepilowałam się z winkiem w ręku i przed telewizorem. Na nic więcej siły nie miałam i poszłam spać o 22:00 z planem, że wstanę wcześniej i wszystko porobię rano. Obudziłam się o 8:30, więc nie za wcześnie, zjadłam śniadanie, a na dworze cały czas padało. Tak więc się nie zdziwiłam sms-em od M., że wracają. Zanim przyjechali, zdążyłam posprzątać większość domu, resztę kończyłam już z nimi, ale nie miałam ani minuty na totalne lenistwo. A przód ogrodu jest niezrobiony do dnia dzisiejszego. No cóż, może następnym razem.

Najważniejsze, że dzieci zadowolone z wyjazdu. Do teraz pytają, kiedy jeszcze pojadą pod namiot, a kiedy nad morze. To miłe, gdy dzieciom podoba się coś, co się im organizuje. Starsza nauczyła się samodzielnie załatwiać na łonie natury, bo był problem z odpowiednim usadowieniem się, by się nie posikać. Mały za to nie miał z tym problemu. Robił tam, gdzie stał. Niestety nie zważał też na to, że sika na karimatę lub siostrę. Tam gdzie mu się zachciało, tam zdejmował gatki i robił swoje. Woda w morzu zimna, M. się nie kąpał, a dzieci wyciągały dziadka do wody. Miały frajdę. Obiadu w niedzielę nie jedli, tylko hot-doga na stacji i widocznie bardzo im to pasowało, bo na  następny dzień, jadąc do żłobka, Mały pytał, czy możemy wjechać na stację na obiad. Dla takich małych dzieci, wszystko jest już atrakcją. A ja chyba dobrze, że nie pojechałam z nimi, bo jeśli nawet M. stwierdził, że sanitariaty były poniżej jakiegokolwiek poziomu, to ja bym się tam psychicznie wykończyła. Dlatego dzieci załatwiały się na łonie natury, byle unikać tego „pachnącego” przybytku. I jak to stwierdził M. w pewnym momencie dzieci były tak brudne, że nawet on stwierdził, że musi ich wykąpać, co też uczynił.

Innego terminu nie znaleźliśmy na wyjazd pod namiot. Nawet byłam skłonna zabrać się z nimi, ale nie było pogody. Udało się wybrać tylko na cały dzień do domku kempingowego do znajomych, gdzie zjechało się w sumie 21 ludzi z dziećmi! Było super. Kiedyś jeździliśmy razem na wakacje, weekendy majowe czy Sylwestra, później z racji  pojawienia się dzieci wyjazdy się skończyły. A teraz dzieci mają po 3-7 lat i znów zaczynamy się częściej spotykać i wyjeżdżać. Chcielibyśmy jeszcze spróbować dojechać do ulubionego szwagra (tego z małym dzieckiem) nad morze, gdyż jedzie tam z żonką do takiego wielkiego domku na kółkach. Wtedy mogę jechać pod namiot, gdyż łazienka i kuchnia będzie dostępna u nich, a w razie deszczu też się tam zmieścimy. Grunt, by pogoda była po 15 sierpnia.

No, długo nie pisałam, to teraz mi się spora notka napisała🙂.

Wszechstronny bloger

Taki tytuł otrzymałam od Thurderstorm – wszechstronny bloger, za co bardzo dziękuję.

W zamian za to, mam napisać coś o sobie w 7 punktach i wytypować 10 kolejnych blogerów. Napisać o sobie, napiszę, ale z tym typowaniem ciężko, gdyż ostatnio w różnych zabawach typowałam już chyba wszystkie blogi. A te które nie (np. Agata), trudno ocenić jako wszechstronne. Zatem w przeciwieństwie do pozostałych typowanych osób, zrobię odwrotnie, czyli napiszę coś o sobie, ale nie wytypuję nikogo. Mam nadzieję, że nikt się na mnie za to nie pogniewa.

A oto coś o mnie, o czym może nie wiecie, choć kto czyta blog, ten dużo wie:
– Jestem śpiochem i wiecznie chodzę niewyspana. Jak to mój mąż mówi: „Do 12:00 jeszcze ziewam, a od 12:00 już ziewam”.
– Mam przebłyski, że chciałabym mieć trzecie dziecko, ale przeraża mnie ten początek. Ale gdyby mogło być od razu 2-letnie, to czemu nie.
– Jestem zmarzluchem i zdecydowanie wolę upały, niż zimno. Zimą jestem nieszczęśliwa i jedyne, co ratuje mój nastrój, to siedzenie przy kominku w domu.
– Chciałabym kiedyś zrobić sobie laserową korekcję wzroku, gdyż jestem krótkowzroczna i powinnam nosić okulary non stop. Jednak ich nie noszę, bo mi przeszkadzają. Używam je do jazdy samochodem i do komputera. Czasami zdarza się, że nie poznaję ludzi na ulicy i się na mnie obrażają🙂.
– Za miesiąc będę bliżej 40-stki niż 30-stki😦.
– Czasami popalam papierosy, choć wiem, że jest to niezdrowe, nieładne i w ogóle. Ale po prostu lubię czasami odreagować.
– Bardzo lubię jeździć samochodem i do tego mam ciężką nogę. Przy mężu jeżdżę wolniej, a i tak mnie wyzywa, że za szybko. Ale odpukać, jeszcze żadnej kraksy nie spowodowałam. A mój mąż kilka🙂.

No to chyba o tych rzeczach nie wiedzieliście, nie?

Ile śrubek?

Kto zgadnie, ile śrubek musiałam wykręcić, by dostać się do dysku twardego laptopa?

Przepraszam , że nie piszę, ale nie mam na to czasu totalnie. Nie mogę wyjść z robotą po urlopie, a do tego szczerze przyznam, że coś nie mam weny. Oczywiście bloga nie usuwam, choć normalnie bym to właśnie zrobiła. Jednak nauczona doświadczeniem wiem, że kryzys minie i znów będe go potrzebować.

Poza tym jestem w lekkim dołku, gdyż po zmianie góry w mojej firmie, okazuje się, że szukają haczyka na mojego wspaniałego dyrektora. Wkurza mnie to niemiłosiernie, że nie ma tu znaczenia, jak bardzo rozwinął firmę pod kątem informatycznym, jak wszystko działa bez zarzutu, a liczą się powiązania polityczne. Zmiana rządu, to zmiana prezesa i zarządu, a za tym dyrektorów. Nie tak powinno być! Na razie mój szef trzyma się dzielnie i nic na niego nie mają, bo to bystry i uczciwy facet jest, ale co to za praca, gdy mają Cię wiecznie na oku. Jak się wkurzy, to sam odejdzie. A z nim połowa działu. A niech mają i niech się posypie cała informatyka. Zobaczymy wtedy, jak będą piszczeć.

 

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.